Content

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołogospodyń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołogospodyń. Pokaż wszystkie posty
3 komentarze

we've got magic to do!


kiedy mniej więcej miesiąc temu pisałam TEN wpis, nie dało się ukryć, że dopadło mnie ogólne zmęczenie materiału.
no i może trochę też zniechęcenie- bo niby to miało być tak wygodnie z mniejszą ilością rzeczy, i w ogóle miał być luz blues i prawie drinki z palemką.
jednak- co jakiś czas dopadało mnie uczucie i przekonanie, że coś robię nie tak.

szukałam rad i wskazówek w wielu miejscach, uważnie wsłuchując się w głos ludzi.
wiem, trochę może niesprawiedliwie przekreśliłam w poprzednim wpisie sztuki loreau, bo jednak trochę się z nich nauczyłam, ale...

ale ciągle nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca.

generalnie z zasady jestem dość porządną osoba, dość apodyktyczną ;-) miejscami pedantyczną,
a jednak- cały czas znajdowałam miejsca, które wymagały zmian i poprawy. albo nieustającej pracy nad nimi.

ujmę to tak- jak jeszcze chodziłam do szkoły- obowiązek zmieniania w szkole butów uważałam za element presji
i ciemiężenia uczniów ;-) i trochę to trwało, zanim zrozumiałam, że to wcale nie jest takie niemądre.
obecnie nie wyobrażam sobie tego, że np. w pracy miałabym nie zmieniać butów, tylko np. cały dzień chodzić
w zimowych buciorach, no zdecydowanie nie.
są też czynności domowe, do których nie mam szczególnego nabożeństwa, nadal ich nie lubię, ale nauczyłam się,
że lepiej te nielubiane odfajkowac i mieć z głowy, zamiast się męczyć ciągle myśleniem o tym, że to i tamto muszę zrobić. działanie niekiedy zabiera mniej czasu niż myślenie ;-)

bdajże w sztuce sprzątania loreau było o tym, żeby codziennie sprzątać po kawałku, zamiast porywać się potem na sprzątanie całościowe.
loreau w tym celu radziła wcześniejsze wstawanie. no ekhm, ekhm. nie żebym była nie wiadomo jakim dopołudniowym spaczem, ale poranne wstawanie mam zarezerwowane odpowiednio kilka razy w tygodniu na basen, w inne dni na czytanie, i tutaj już nie było miejsca na dodatkowe wydziwianie.

przyznaję, że już nawet myślałam, że ta moja skromniacka- zawartość szafy to i tak jest za dużo, co jakiś czas siadałam przed półkami i urządzałam rozkminę, co tu może być jeszcze nadmiarem, ale zazwyczaj dochodziłam do wniosku, że tak jak jest- jest właśnie dobrze.
no, ilościowo jest idealnie, ale nadal marzyło mi się bliżej nieokreślone COŚ.
czasami wpadała mi już nawet do głowy myśl, że może mi się tylko wydaje, że jestem poukładana - bo mimo tego,
że odkładałam wszystko na miejsce, spódnice równo wieszałam w szafie, itd- samego sprzątania mi nie ubywało.
niby wiem, że to nie jest tak, że posprzątam i przez pół roku jest spokój ;-) ale nadal brakowało mi skutecznej metody na ogarnięcie całości.

jakiejś odpowiedzi na te dramaty pytań egzystoncjalnych szukałam w książkach- choćby w uporządkuj swoje życie.
- rzezcz całkiem fajna i przyjemna- ale dobra dla tych, którzy dopiero przymierzają się do ograniczenia ilości przedmiotów, rzeczy w swoim życiu.

i tak - z pewną taką nieśmiałością- sięgnęłam po magię sprzątania.
przyznaję- przeczytałam najpierw udostępniony fragment na publio, który zupełnie mnie nie zachwycił.


pomyślałam sobie, że iii tam, kolejna książka w stylu sztuki sprzątania, kolejne jakieś typowo japońskie wydziwianie nad przedmiotami.
no bo kto normalny wieczorem, po całym dniu pracy- dziękuje butom, czy torebce, za to, że mu dobrze służyły?

i trwałabym w tym przekonaniu- gdyby nie przeczytany u ryfki ( z szafy sztywniary) komenetarz, że oprócz tych wydziwiań nad przedmiotami autorka prezentuje metodę- technikę układania rzeczy.
i okazało się, że ta metoda- w moim przypadku- to po prostu czysta magia i CZARY.

tu przykład szuflady przed zastosowaniem metody konmarie i po zastosowaniu tej metody.
prawda, że różnicę widać od razu? ;-)

***
a co konmari wyczarowała u mnie, opowiem przy najbliższej okazji.
ciąg dalszy NA PEWNO nastąpi.
Czytaj więcej »
0 komentarze

s.o.s! xmas!


trochę w tym roku tak przed terminem ;-)
ale tak się akurat złożyło, że przygotowałam sobie już materiały do produkcji kartek świątecznych,
i tak jakoś z tej okazji naszła mnie ochota na zrobienie jakichś świątecznych niechoinkowych ozdób ( bo w tym domu nie ma tradycyjnej choinki).
z różnych względów- ostatnio na tapetę wpadły butelki i są przerabiane na różne sposoby.

wobec powyższego jako "koło ratunkowe" dla klimatów świątecznych musiały być koniecznie butelki.
tutaj akurat wydanie prosto z jysk - z piaskiem, muszelkami i wiadomością.
jednak - ta wersja jyskowa zostanie przetworzona przez nasz mini zakład pracy na coś zupełnie innego.
do środka butelek bowiem- trafią dwa rodzaje gwiazdek- gwiazdki froebla i tanabaty, wszystkie w trzech wersjach kolorystycznych: białe, srebrne i złote.

a poniżej pierwowzór (małe #poka):

Czytaj więcej »
0 komentarze

niewiele czasu na to wszystko mam


chyba jedynym wierszem szymborskiej, który lubię jest "rozmowa z kamieniem".
na swój sposób - przypomina mi trochę to moje ukochane ex omni me- gałczyńskiego,
żeby jak najwięcej z siebie dać, najwięcej zobaczyć, dotknąć, przeżyć,
bo niewiele czasu na to wszystko mam.

i kiedyś sądziłam, że życie jest dla mnie jedyną okazją, aby to wszystko osiągnąć.
i nie zawsze umiałam jasno powiedzieć- czym jest to wszystko.

a sądziłam, że jeśli tego wszystkiego nie zobaczę, nie spróbuję- to nie będę mogła powiedzieć,
że dałam z siebie wszystko.
a tylko całego siebie warto dać.

i trochę to zaczęło mnie w pewnym momencie przerastać. uzbierałam ogromny księgozbiór- bo przecież to wszystko były książki, które koniecznie i bardzo chciałam przeczytać.
trzymałam materiały, albumy a nawet deskę kreślarską- z przekonaniem, że przecież wrócę na studia,
albo, że kiedyś zdecyduję się na zrobienie pracy dyplomowej.
dosłownie zasada pareto w czystej postaci ;-)

ale gdzieś, w pewnym momencie, poczułam, że muszę wrócić do mojej "prawdziwej" drogi,
do tego co tutaj, co realne, co namacalne, i zacząć wybierać to, po co mogę sięgnąć.

to nie jest tak, że kategorycznie odmawiam sobie marzeń i snów.
w końcu- do słoika z karteczkami, na których zapisuję chwile ku pamięci, trafiają też zapiski z marzeniami
i planami do zrealizowania. a jednak coś się w nich zmieniło.

wspominałam kiedyś, że przy ostatniej przeprowadzce oddałam moją deskę kreślarską.
czasami jeszcze wracam myślami, do tego co było, a jednak zdecydowanie bardziej chcę iść do przodu.
zrozumienie pewnych spraw zajęło mi dużo czasu.
i tak np. ponad rok temu- oddałam iknostas ajce, a właściwie jej rodzinie, bo od niej wiedziałam, że skorzystają z tego albumu bardziej niż ja.
i przez cały ten czas- tak naprawdę nie zainteresowałam się szczegółami co też one z tym albumem zrobiły.
do ostatniego miesiąca- kiedy wraz z książką- ajka przysłała mi dzieło swojej mamy- ikonę zrobioną metodą decoupage.

kiedyś pewnie byłoby mi żal, że ja nie wpadłam na taki pomysł, że tak łatwo z czegoś zrezygnowałam.
a przecież wiem, ile tak naprawdę emocjonalnie kosztowało mnie zamknięcie tego etapu w moim życiu.
i przyznaję, że zaskoczyło mnie to, że nie ma we mnie tego żalu zaprzepaszczonej szansy,
a wręcz na odwrót- cieszy mnie, że ktoś korzysta z tych materiałów w tak praktyczny sposób,
że nie leżą zapomniane na dnie szafy.

nie powiem, że mi tak zupełnie tego świata przesiąkniętego zapachem farby nie brakuje,
czasem, w noc ciemną, odzywa się we mnie głos, że może mogłam jeszcze choć na dzień,
na chwilę zatrzymać deskę, używać jej jako stołu, jako cokolwiek, móc od czasu do czasu choćby dotknąć ręką
i upewnić się, że ten czas zdarzył się naprawdę. czas, który bardzo wiele znaczył w moim życiu.
a jednak- jak w tej rozmowie z kamieniem- myślę sobie, że mój świat jest wart powrotu.

czasami dajemy się porwać różnym myślom, różnym zdarzeniom,
ale to, kim jesteśmy naprawdę, to, co stanowi naszą istotę, jest warte zachowania.

nadal marzę i śnię o różnych rzeczach.
choćby od słowa do słowa- lada dzień będzie wenecja.
a przecież jeszcze kilka tygodni temu to był ledwie zalążek marzenia, jego wyobraźnia.
a na niespokojne chwile, na wspomnienia- moleskine najwierniejszym towarzyszem mym.
Czytaj więcej »
0 komentarze

o tym, że....


inspirację można znaleźć nawet na dziale bieliźniano-piżamowym cubusa ;-)

niniejszym donoszę, że prace nad pisaniem trwają,
po prostu trafiła się drobna awaria i chwilowy brak dostępu do google docs ;-)
Czytaj więcej »
2 komentarze

keep calm and...


ostatnio M. zadała mi pytanie czemuż aż czemuż nie epatuję swoimi pracami.
oczywiście moją pierwszą odpowiedzią było: owszem, nie wiem ;-)

no cóż, moje podejście do techniki krzyżykowej,
jest takie co najmniej ambiwalentne...
nie ukrywam, że jest to (chyba) najmniej wymagająca,
i w moim przekonaniu średnio efektowna technika
(bo nic nie może się równać - moim skromnym zdaniem z haftem czarnym,
czy co najmniej smyrneńskim)
jednakowoż, nie da się ukryć, że nawet taki haft krzyżykowy miewa swoje plusy,
i zdarza się, że wygląda do rzeczy ;-)

poza tym, nie bądźmy drobiazgowi, ale wszystko jest ciekawsze od pisania pracy magisterskiej ;-)
Czytaj więcej »
7 komentarze

mądrość jest wtedy...

z cyklu komentarze:

tym razem komentarz do wpisu na prostym blogu ajki:

mnie kiedyś ktoś też zarzucił- że kupuję sobie czasem kolorowe gazety,
a to przecież są 2-3 bochenki chleba dla biednej rodziny.

ale dla innych- jedna gazetka- to np. 1/10 tego ile potrafią zapłacić za najzwyklejszy t-shirt....
stałam kiedyś w kolejce do kasy w NY z torbą ciuchów z przeceny- za które zapłaciłam około 30 pln,
gdy ktoś przede mną- za spodnie i sweter i koszulkę- zapłacił ponad 200....

wszystko jest ważne, ale ważny jest też punkt odniesienia.
i tu zaczyna się minimalizm- to że mnie stać, nie znaczy jeszcze,
że muszę to mieć.

to ja wyznaczam sobie drogę którą chcę pójść,
to jak chcę żyć- i na ile siebie dawać innym.

dodam- że od lat wielu jest u nas w domu zwyczaj zbierania monet 2 i 5 złotowych do słoika.
co jakiś czas- robi się komisyjne otwarcie i podliczenie kwot.
i czasami- za te pieniądze odłożone- kupuje się coś do domu, albo coś dla siebie lepszego- na co wcześniej szkoda by nam było wydać pieniędzy.
ale CZĘSTO też- z tych odłożonych skarbów- rezygnujemy, i zwyczajnie przeznaczamy je na jakąś akcję charytatywną.

to jest dla mnie minimalizm.


i fakt- nie ukrywam, że tamta wypowiedź osoby, którą cenię niezmiernie,
była ważnym zdaniem w moim życiu.
(chociaż po namyśle przypominam sobie, że to było zdanie dotycząca
i gazetek i książek- gdy skomentowałam, że za jakiś podręcznik do prawa przyszło mi zapłacić TYLKO 20 pln).

myślę sobie, że to zdanie owej mądrej osoby- było na swój sposób przełomowym momentem w moim życiu, że po zweryfikowaniu moich punktów odniesienia, mojego widzimisię- powiało różnymi zmianami.

fakt, że od tamtej pory- praktycznie wcale nie kupuję kolorowych gazet-
- choć w tym miesiącu namówiona przez biurową- drogą kupna nabyłam instyle.

i fakt, rozważam także zainwestowanie w przekrój ;-)

i wcale mi nie przeszkadza, że ten przekrój- jakby co
- będzie drugą gazetką w tym miesiącu,
(poprzednią kupiłam jakoś w lipcu...)
- bo grunt to odpowiednie wyważenie tematu, odpowiednie wyważenie pewnych wartości.
i oczywiście ZEN.

bo nawet minimalizm trzeba uprawiać mądrze,
- z poważnym odniesieniem przede wszystkim do samego siebie.
bo tak naprawdę wszelkie rewolucje powinniśmy zaczynać od siebie samych,
a nie od naprostowywania innych ;-)
Czytaj więcej »
2 komentarze

e jak ewenement

lubię czasem zaglądać do cudzych kieszeni ;-)
to, co inni noszą w kieszeniach bywa niekiedy szalenie inspirujące.
jak w przypadku kieszeni ewenementu ;-)

i choć od dłuższego czasu przymierzałam się do wyciągnięcia z czeluści
igieł i nici, dopiero właśnie w kieszeniach znalazłam kilka interesujących inspiracji,
interesujących tak mocno, że nie mogłam się nim oprzeć.
tutaj moja folkowa wariacja, a w planach już kilka kolejnych (poważniejszych) prac.

teraz to dopiero będę mieć kota na punkcie haftu, o! ;-)

Czytaj więcej »
2 komentarze

kraina nie-łagodności

dla mnie haft jest kolejną dziedziną sztuki. stawiam ją gdzieś obok grafik, z tyłu za malarstwem.

jest to świat, który rządzi się swoimi prawami.
jest w nim miejsce na modę, trendy, na genialnych designerów.
jest w nim także niestety miejsce na zawiść, zwykłe animozje, zazdrość, ambicje.

ale co najważniejsze: jest to świat wielkiej fantazji, ekspresji, wyobraźni.

mnie osobiście- często haftowi dizajnerzy kojarzą się z twórcami reklam,
zwłaszcza: reklam outdoorowych, czy ambient media.
chociaż wyjątkowo pokażę przykład reklamy prasowej.

agencja: ddb, warszawa; copy: chroń je zanim znikną

do piękna tej reklamy- wyrażonej przez prostotę - wcale nie muszę (chyba) nikogo przekonywać.

podobnej według mnie fantazji i wyobraźni wymaga haft.
przyznałam, że ja na przykład mam kolekcję różności - w postaci pocztówek, okładek płyt, kilka katalogów obrazków z kolekcji magnetic.
i to wszystko czeka.
czeka nie tylko na czas- kiedy będę mogła się zająć znowu na poważnie haftem,
ale czeka głównie na jakieś olśnienie, na to, żeby mi się coś przyśniło.
co z tego, że mam całą kolekcję pięknych rzeczy, jak jeszcze nie wszystko mi się przyśniło.
wiem, że kiedyś na pewno ulegnie zrobieniu ta oto pocztówka z edycji świętego pawła:
(ale jeszcze nie mam pomysłu na to w jaki sposób, jaką techniką zostanie wykonana)


świat haftu to też kraina różnych ambicji, przekonań.
osobiście- najbardziej odnajduję się w hafcie czarnym, wstążką, choć mam całą kolekcję wzorów i także pomysłów na haft krzyżykowy.
w tym świecie moich małych ambicji - obiecałam sobie na przykład to, że nie zrobię nigdy nic na kanwie drukowanej, ani w ogóle na kanwie...

ale wychodząc poza moje małostki i owe chwilami zazdrostki poniżej prezentuję przykłady naprawdę odjazdowych hafciarskich dizajnów.

margaret sherry
z jej całą kolekcją zwierzątek. tutaj: koty:

seria squircles
w tej serii są jak widać squircles- różne zawody
oraz jest także kolekcja squircles anmials.


oraz przykład, że w hafcie naprawdę można zrobić wszystko:
tutaj haft według ilustracji cicely mary barker


* * *
twórczość cicely mary barker nieustająco mnie zachwyca.
trafiłam na nią przypadkiem w wiedniu- i potem zainteresowałam się na poważnie.
CMB stworzyła genialny świat wróżek, duszków, elfików- w świecie roślin.
do większości znanych i popularnych roślin przypisała konkretnego elfika, większość z nich ma swoje własne i osobiste wierszyki, opisy a nawet biografie.

* * *
a oto przykłady tfurczości mej własnej.
pocztówka z kolekcji tomtom

oraz w trakcie: okładka płyty nalepy bluesbreakout.

Czytaj więcej »
4 komentarze

moja broń

od dłuższego czasu odgrażam się, że naprawdę w końcu na poważnie pochylę się nad swoją największą pasją.
namiętnością.
nad czymś, przez co niekiedy nie mogą spać, przez co mnie wręcz ssie aby tylko móc zabrać się do pracy.

a tą oto pasją jest proszę państwa ni mniej ni więcej:
HAFT

niby nie brzmi to niewiadomo jak dumnie, czy rzucająco na kolana...
ale jednak.

dawno temu wyrosłam z jakiś zpt-owych wyszywanek.
i sama nie wiem kiedy i jak to się stało że haft urósł do takich huczących żywiołów,
że muszę, muszę- inaczej się uduszę.

ogólnie rzec biorąc wiadomo: że NIE WOLNO mi pozwalać zaczynać mówić na ten temat,
bo niestety wtedy mnie coś ogarnia i przestać nie mogę.

i oczywistym jest, że haft jak wszystko inne przekładam na swoją modłę, na swój rozumek.
stąd: znam wiele różnych technik
( ostatnio nawet wyrobiłam sobie chody i znajomości u pewnej pani profesorowej znajomością haftu czarnego i opanowaniem tej techniki w sposób cokolwiek budzący w niej zawiść ;-)
ale jednocześnie- zdecydowanie jakoś nie odnajduję się w tradycyjnym folklorze.
przyznam- uważam, że nie warto poświęcać kilkunastu-do kilkudziesięciu godzin pracy na to, żeby zrobić jakiś obrus, który ulegnie zalaniu kawą czy herbatą przy pierwszej okazji- co czyni z niego rzecz prawie jednorazową.

poza tym: kiedyś widząc mnie w trakcie pracy- podsumowano- że haft i to wszystko, co się z nim wiąże to jest wymierający zawód.
otóż wbrew wszelkim pogłoskom: wcale, że nie. bo ja żyję i mam się zaskakująco dobrze.

i jak wszyscy doskonale wiedzą- dopiero od niedawna próbuję opanować sztukę Zen.
dotychczas na wszelkie insynuacje i inne takie- reagowałam wręcz koszmarnie ambicjonalnie, że jak to, że niby czegoś nie można?
otóż wbrew pozorom wiele rzeczy można.

a jeszcze więcej rzeczy można wyhaftować.

w dziedzinie haftu nadal jestem ambicjonalna. w dziedzinie haftu nie zamierzam odpuścić- i zamierzam nieustająco twierdzić, że wszystko można zrobić w hafcie.
(dodam, że mnie zdarzyło się robić stułę dla kardynała, haftować nawet projekt grafitti, zdjęcia, pocztówki a nawet okładki płyt).
przez studia i inne takie niestety musiałam na jakiś czas odwiesić to wszystko na kołku, bo to jest zajęcie ogromnie czasochłonne, dodając do tego moje ambicje, to pewnie nie chodziłabym wcale spać, żeby skończyć jakąś tam pracę.

a teraz niniejszym i wtem ogłaszam, że oto nawracam się i powracam do przerwie do tego hobby.

w ramach niespodziewajki
link na youtubowy teledysk voovoo &anna maria jopek: moja broń

otóż bowiem zamierzam twierdzić, że cóż, trudno, że nic na to nie poradzę,
że patrząc na wiele rzeczy - często wyobrażam sobie, jak by one wyglądały w hafcie.

a myślę sobie: że najważniejszą bronią, najważniejszą rzeczą - jaką ma każdy z nas- to ta właśnie osobista fantazja w spojrzeniu na świat


* * *
zdjęcie -->> znajdziesz tu
szablon (100x137)->> znajdziesz tu
tabela kolorów --->oto i ona

Czytaj więcej »
4 komentarze

cytrynowo

powszechnie wiadomą rzeczą jest, że ja się z kwiatami nie lubię. albo to one nie lubią mnie.
albo po prostu nie mam do nich tej przysłowiowej ręki.

z cytrynką próbuję się zaprzyjaźniać już od pewnego czasu (ta jest cytryna vol.2), bo pierwszą pożarło mi robactwo.
i ta cytryna vol.2 całą jesień i zimę epatowała mi pustką w liściach.
właściwie już emocjonalnie się z nią pożegnałam, brakowało mi tylko motywacji żeby wynieść ją pod śmietnik.

a tu proszę: kilka dni po wielkanocy wypuściła nowe listki i pączki.
czym zaskoczyła mnie niepomiernie.
i z zadziwieniem patrzę, jak z każdym dniem coraz bardziej się zieleni, coraz większe się stają te pączuchy.

myślę sobie, że s. miał wybitnie rację- mówiąc, że właściwszym przełomem – w sensie przejścia od starego do nowego jest wielkanoc, a nie nowy rok.
ja sama u siebie od kilku lat obserwuję, że ważniejsze stają mi się postanowienia wielkopostne, które czasami rozciągam na całą resztę mojego życia.
chociaż- nie odrzucałabym całkowicie tego podziału stary-nowy rok: jak wiadomo bogu co boskie, cesarzowi…


* * *
i odnośnie minimalizmu.
uczę się układania różnych rzeczy. wspomniałam wcześniej moje ikeowe zakupy- gdzie nabyłam tylko rzeczy z góry zaplanowane i konieczne.
a jednak mimo wszystko- mam zamiar zacząć posługiwać się listą zakupów.
nie do końca dlatego żeby unikać jak ognia rzeczy niepotrzebnych, choć nie zamierzam dumać nad każdą listą niewiadomo ile.
ale takie potem na szybcika próby ogarnięcia się w sklepie, kończą się tym, że nie robię zakupów wg listy, w sposób zorganizowany, tylko motam się od chusteczek do nosa do kasy i z powrotem do półki z mydłem…

myślę sobie, że minimalizm powinien też się wiązać z zen w czynach i sposobie działania.
obserwując od dłuższego czasu serwis myhabits myślę, że jeszcze daleko mi do metody ignacjańskiej- bo póki co ona kojarzy mi się z działaniem wynikającym z samej decyzji, a ja bym chciała żeby u mnie do głosu dochodziło też serce.

napisałam też, że minimalizm wiąże się z oczyszczeniem przestrzeni wokół nas z rzeczy, które są nieważne, a tylko zajmują miejsce, z rzeczy i spraw, które wydawały nam się kiedyś ważne, a teraz się okazuje, że spokojnie możemy je odłożyć, schować w pudełku po butach na dnie szafy.

a zaskakujące jest to, że to zen zaczęło się u mnie objawiać większą…
właściwie nie wiem- czy nazwać to łagodnością, czy spokojem, czy cierpliwością, czy może rozwagą.
nadal nie brakuje mi impulsów, działań i kroków pod wpływem emocji.
ostatnio mijając jakiś nowy kiermasz książek weszłam w poszukiwaniu pewnej ksiązki polecanej przez ALW (którą poniekąd przez historię wojen i wojskowości) chciałabym przeczytać, trafiłam na jakiś kolejny album o hafcie. i w pierwszej chwili PRAWIE trafił do koszyka.
ale zdążyłam pomyśleć, że już podobnych albumów z instrukcjami mam w domu co najmniej trzy i niestety to się nie przekłada na ilość zrobionych ostatnimi czasy prac…
dodatkowo odbyłam ostatnio kolejną zresztą rozmowę z D. no cóż, znajomość nam upływa na ciągłym rozmawianiu :-) i też w pierwszym odruchu poleciałam oglądać zawartość onlineowego sklepu ilustris, bo twórczość tylkowskiego darzę dużą sympatią.
i też się skończyło tylko na oglądaniu.
szczerze mówiąc, mimo minimalizmu i zen, tak naprawdę nie zamierzam odmawiać sobie zupełnie takich drobnych przyjemności- i w wolnej chwili zamierzam wybrać kilka pocztówek tylkowskiego, które zamarzy mi się wyhaftować.

w międczasie zaś : to uporządkowanie na zewnątrz jak na razie przemienia się w różne epatowanie.
przede wszystkim – co najważniejsze- mam w końcu możliwość uwolnienia z głowy trochę myśli, trochę planów, i w końcu mam miejsce na przyjrzenie się im.
ze zdumieniem też obserwuję epatowanie choćby tą cytrynową nadzieją, że oto być może i mnie się uda wypuścić nowe liście, rozwinąć po zimie, rozwinąć po pewnej stagnacji.
rozwinąć marzenia, rozwinąć aspiracje, rozwinąć plany w tej nowej wolnej, choć zazielenionej przestrzeni.

* * *
dodam też, że przez chwilę chciałam zostać wpływowym bloggerem.
bo jak cichy może, to czemu nie ja?
jednak w świetle ostatnich zdarzeń : po raz kolejny zaczynam odkrywać plusy tego, że nie mam tv. (choć o tym jeszcze napiszę więcej).
i po raz kolejny myślę sobie- że więcej mądrości jest w milczeniu niż w mowie. w takim milczeniu zupełnym, bez uciekania się do migania, języka migowego.
bo choć mam swoje zdanie na temat ostatnich zdarzeń, zwrotów akcji, czy nawet tego nieszczęsnego wawelu, i choć sądzę, że umiałabym je ubrać w wyważone słowa- naprawdę nie wiem, czy byłoby to słuszne.
myślę, że wystarczająco napisał się taktyczny- i chociaż mam inny punkt wyjściowy, to jednak jego z myślą końcową się poniekąd zgadzam.
jak napisałam wcześniej: nie zamierzam poddawać w żaden sposób ocenie różne wizje państwa polskiego. patriotyzm jest mi pojęciem szczególnie bliskim, i nie ukrywam, że mam taką a nie inną wizję państwa polskiego.
i nie zamierzam twierdzić, że jest to wizja jedynie słuszna- bo mam świadomość, że mną chwilami kieruje zbytni idealizm, że nie umiem wszystkiego przełożyć na kwestie praktyczne.

z drugiej zaś strony: całe te zdarzenie ma dla mnie także wymiar osobisty- bo przyjaciele moich przyjaciół…
w tej chwili daleka jestem od komentowania, od wyrażania swoich poglądów czy racji.
( nie sądzę, żebym te właśnie kwestie kiedykolwiek miała zamiar skomentować).
w tej chwili najbliższa jest mi modlitwa – i za tych, którzy odeszli, i za tych, którzy zostali.

Czytaj więcej »
8 komentarze

t-shirty i ja

tym razem poniekąd technicznie.
poniżej omówię kilka sposób na ozdabianie t-shirtów,
na przekładanie wyznań i fascynacji: na materiał ;-)

bo jak wiadomo, jestem dzieckiem zupełnie innej epoki,
właściwie (nie idealizując) czasem tęsknię za tamtymi czasami- właśnie przez to, że choć było mniej- było więcej.
więcej możliwości, więcej kreacji, więcej sposobów na wyrażenie różnych rzeczy.
i wtedy to dopiero można się było pochwalić swoją unikalnością.

po pierwsze primo

farby akrylowe

farby akrylowe przypadły na wielką fascynację tygryskiem shepherdowskim.
niestety wymagały sporo uwagi i precyzji- z uwagi na swą niespieralność...
i wskazana była próba techniczna, przed wykonaniem.
pomalowany tiszert wystarczyło przeprasować przez gazetę, i już farba zostawała na wieki.

akryli i ogólnie pojętych farb ciąg dalszy
ogromnym krokiem naprzód były szablony:

i nadal połączone z akrylami, oraz z posiadaniem wałka.

na dobrą sprawę: w przypadku akryli szablony niezbędne były w przypadku tworzenia kreacji z napisami.
(jeśli ktoś pamięta dosa i nortona, i turbopascala 5.0, to powiem, że miałam własnoręcznie napisany program, który po wpisaniu dowolnego tekstu, obliczał ilość znaków, i np. zapodawał, ile A jest w pater noster, a ile E, co było dość istotne w przypadku tworzeni jakichś symboli)

plusy szablonów: zdecydowana wygoda. no machnięcie parę razy wałeczkiem przez szablon wielką filozofią nie jest, a zdecydowanie jest o wiele łatwiejsze niż walczenie z akrylami pędzlami, czy patyczkami...

flamastry, niech zatem będą flamastry

tak sobie myślę, że odkryte w wiedniu,
jedna z wielu rzeczy, które sprawiły, że zrobiłam takie wielkie oczy O.O ;-)
stały się przyczynkiem (nie jedynym zresztą) dla którego miejscem moich praktycznie codziennych wycieczek i pielgrzymek był pewien sklep plastyczny nieopodal karslplatzu.
nieopodal mariahilfestrasse, nieopodal comic shopu, nieopodal jonathana...
miejsce, gdzie nabyłam jedną z najdroższych (do dzisiaj) rzeczy posiadanych przeze mnie, wzbudzających nzachwyt napotykanych ludzi, nawet hamerykanów.

plusy: same plusy.
wygoda i precyzja. nareszcie coś na miarę potrzeb.
chociaż nie dających takich efektów łączenia kolorów, czy nie dających efektów pociągnięć pędzla ;-) ale sprawiających że malowanie staje się dziecinnie proste.
etap koncowy: gazeta, żelazko.

dla leniwych

aplikacje.
wbrew pozorom jest ich mnogość w pasmanteriach ogromna.
(w tym także można znaleźć takie, które wystarczy tylko wprasować).

chyba jedyny minus: w 90% motywy dziecięce i kidultowe,
aczkolwiek są sklepy/stoiska z naszywkami nawet poważnymi i dorosłymi.
choćby:



i ostatnia zdobycz na polu techniki tiszertowej

czyli folia.
wystarczy drukarka kolorowa, folia, tiszert, żelazko i jechane.

smart tip: należy pamiętać o drukowaniu w odbiciu lustrzanym ;-)

też na początek polecam dokonanie próby na czymkolwiek, bo różne folie w sposób różnych się zachowują, a niestety nie każdy producent dodaje instrukcję obsługi.
przykład: używałam folii, którą zdejmowało się po wystygnięciu, wtedy wprasowanka była błyszcząca, ściągnięcie gorącej folii kończyło się matem obrazka.
a spotkałam folie, które należało używać właśnie odwrotnie...

podobno folie dzielą się na przeznaczenie do jasnych lub ciemnych materiałów, owszem nie sprawdzałam, bo zazwyczaj korzystam z jasnych koszulek.

dodatkowo: folia nie sprawdza się w przypadku napisów. no chyba, że każdą literę wytniemy z osobna, i jakimś cudem uda nam się ułożyć idealnie prosty napis...
przestrzeń "pomiędzy" obrazkiem/napisem a brzegiem obcięcia- widać...
dlatego, trzeba każdy obrazek wycinać totalnie dokładnie, i po samych brzegach, nie zostawiając żadnych zapasów.
-co jak wiadomo jest abstrakcją w przypadku napisów. no chyba, że się robi napis na innym tle niż biały.

a więc folia, drukarka, żelazko: i gotowe.
i nawet za bardzo nie trzeba się potem przejmować nie wiadomo jakim delikatnym praniem. moje koszulki najzwyczajniej w świecie zupełnie bezlitośnie lądowały i lądują w pralce.

istnieje także technika zwana sitodrukiem
lecz jest to rzecz niedostępna dla zwykłego śmiertelnika.
powód jest prosty: przygotowanie matrycy to koszt ok.150 zeta.
w grę wchodzi sito- tylko w opcji, gdy ktoś zamierza zrobić sobie a powiedzmy ze 200 koszulek identiko simpatiko. ;-)

* * *
oczywiście można skorzystać z usług firm zajmujących się nadrukiem na t-shirtach profesjonalnie.
wtedy możemy sobie zażyczyć dowolnej rzeczy, obrazka, zdjęcia, napisu, co nam się tylko zechce.
minus: odpowiednio wyższa cena, oraz to, że nie ma się satysfakcji ze zrobienia czegoś samodzielnie.
do wszelkich tiszertowych produkcji ja osobiście używałam głównie koszulki outletowe, po prostu gładke basici. wtedy zupełnie bezstresowo można robić co się chce, bez zmartwienia, że oto koszulka za całe 5 pln awansuje nam na ścierkę do kurzu...
wbrew pozorom polecam czasami podglądanie koszów z wyprzedażami tiszertowymi w hipermarketach.
chyba właściwie większość użytkowników jakichkolwiek tiszertów jest w stanie ocenić ich jakość, a ja mam właśnie kilka marketowych, też z kosza za 5 pln, które się bardzo dobrze sprawdziły. i sprawdzają.

* * *
dzisiejszy lajt motyw: jak widać małpka.
z jakiejś okazji tfórczość radosna dla A.

Czytaj więcej »
4 komentarze

napiszę do ciebie ....



napiszę do ciebie z dalekiej podróży....

tym razem: limitowana kolekcja brytyjskich znaczków.
zakupiona specjalnie w celu przerobienia ich na kolczyki ;-)

właściwie mam ostatnio słabość to takich hand-madowych znaczkowych kolczyków.
i nie tylko.
w wersji znaczkowo- brytyjskiej mam jeszcze broszkę ;-)

a ostatnio specjalnie wycinam wszystkim znaczki z kopert:
mam już hiszpańskie, czeskie, a dzisiaj zabrałam chłopakom rosyjskie.
ha!

Czytaj więcej »
0 komentarze

koło gospodyń wiejskich


przyznam się do czegoś- w stylu: wstydliwe wyznania ;-)

mimo tego, że umiem robić na drutach, do dzisiaj żadnym sposobem nie nauczyłam się
nabierać oczek :-)
w tym celu najczęściej wykorzystuję k., która umie nabierać oczka,
ale nie potrafi robić na drutach :-)

poza tym- koło gospodyń- to u mnie kwestia huczących żywiołów.
raz są, innym razem jest jakiś zaledwie strumyczek...

anyway- ostatnimi czasy- wyciągam druty.
(mimo różnych prób- nie lubię tych na żyłce)

a także podjęłam męską decyzję i jutro wybieram się do pasmanterii
w końcu nabyć wstążkę do korali DIY.
mam zamiar także (w końcu!) popracować nad pewną brązową torebką.

a najbardziej zaskakującą dla mnie rzeczą jest to- że mimo ogromnej pasji i żywiołów
do koła - i takich różnych robótek,
nadal nie radzę sobie emocjonalnie z przyszywaniem guzików i cerowaniem skarpet ;-)

ale ale- w planach mam kilka ciekawych rzeczy do zrobienia.
i wieje u mnie takimi wiatrami zmian, że pewnie gospodyniowo i wiejsko będzie u mnie przez dłuższy czas ;-)

Czytaj więcej »

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.