Search

Content

4 komentarze

radość sprzątania


nie od dziś wiadomo, że lubię porządek i poukładnie.
i lubię listy excelowe, lody pistacjowe też lubię ;-)

oraz jak powszechnie wiadomo- staram się być wiernym wyznawcą minimalizmu, chociaż z różnym skutkiem.
bo są rzeczy, które kolekcjonuję- i nie wyobrażam sobie, że mogłam dojść do etapu gdzie mam tylko 100things,
ale lajk 100things W OGÓLE.
w moim przypadku- ta taka mityczna granica- jest zdecydowanie nieosiągalna, co nie znaczy, że nie staram się wyznaczać sobie różnych innych granic.

prawie dwa lata temu- mimo początkowego niedowierzania, że eeee, co może być odkrywczego w sprzątaniu sięgnęłam
po magię sprzątania marie kondo.
i nadal- uważam ustawianie rzeczy w pionie za super odkrycie.
do dzisiaj czasem się zastanawiam, czemu na to wcześniej nie wpadłam. i od tamtej pory z zapałem większość rzeczy układam zgodnie z tamtymi zasadami, za wyjątkiem jednej półki gdzie są trzymane rzeczy letnio/zimowe,
bo wiadomo, że zimą w letnich rzeczach chodzić nie będę, i tutaj nie potrzebuję jakiejś wielkiej przejrzystości czy dostępności tych przedmiotów.

przyznaję, że na pewnym etapie- miałam fazę kiedy uważałam, że nie powinnam przywiązywać się do rzeczy, bo przecież minimaliście nie wypada. bo przecież minimalista powinien być gotowy w każdej chwili zrezygnować z jakiegoś przedmiotu i lekką ręką przekazać go dalej.

i gdy pojawiła się w księgarniach kolejna książka marie kondo- to byłam przekonana, że po nią nie sięgnę, pobieżne przewertowanie kilku stron jakoś tak też mnie nie zachęcało.
myślałam sobie- układam rzeczy w pionie, udaje mi się od czasu do czasu oddawać różne przedmioty, cóż odkrywczego może być w kolejnej książce na ten sam temat?
a jednak- tak się złożyło, że tokimeki wylądowała u mnie.

po jej przeczytaniu zrozumiałam- że trochę w tym tańcu z minimalizmem pogubiłam kroki,­ bo wiedząc, że 100things nie jest dla mnie- wyznaczyłam sobie inne granice.
jedną z nich było założenie- że nie będę się przywiązywać do rzeczy, żeby w każdej chwili móc ją przekazać dalej.
a jedną z głównych zasad podanych w tokimeki- która tak naprawdę teraz do mnie dotarła- była taka, że tak naprawdę nie jest ważne, czy to jest 100things, czy 200things, najważniejsze, żeby to były rzeczy, które w jakiś sposób nas cieszą,
są dla nas wyznacznikiem jakiejś radości.
przecież tak naprawdę-można mieć nawet ulubione skarpetki, które nosiłoby się na okrągło, a można mieć i takie, które spełniają swoją funkcję skarpetkową :-) i nic poza tym.

nadal są rzeczy, które znajdują się u mnie w kategorii "nigdy cię nie oddam", ale praktycznie została zlikwidowana półka
z rzeczami do zastanowienia się.
po przeczytaniu tokimeki- zrozumiałam, że z jakichś bliżej nieokreślonych powodów- nie lubię tych rzeczy, mimo tego, że są ładne, są "z mojej bajki", a jednak brakuje im tego CZEGOŚ.
to, że tak długo je trzymałam- podyktowane było myśleniem, że może kiedyś się z tymi rzeczami "przeproszę", jakoś przekonam, i że tak naprawdę czeka nas przyszłość, że za którymś spojrzeniem je polubię ;-)

to też mnie czasem blokowało- bo zawsze z tyłu głowy była myśl, że nie powinnam kupować takiej czy takiej nowej rzeczy, bo przecież coś w tym stylu już w szafie wisi.
to, że nienoszone, było w danej chwili kwestią drugorzędną- po prostu sztuka to sztuka.

zrozumiałam też, że czasami przejawy zmęczenia, czy przekonania o tym, że mam za dużo rzeczy, czy takiego ogólnego przesilenia, brało się właśnie stąd- że patrzyłam na niektóre przedmioty- właśnie przedmiotowo, starając się nie myśleć, jakie emocje się z nimi wiążą.
a jednak- te emocje są bardzo wazne!
bo okazuje się, że można czerpać radość z posiadania- i nieważna jest ilość, ani jakość w sensie materiałowym, ważna też jest jakość w sensie emocjonalnym/skojarzeniowym.

i zaskakujące- jak ten weekend z tokimeki mnie zmienił.
bo jak lubię sprzątanie- to ostatnio sama myśl o sprzątaniu trochę była zniechęcająca. widząc swoje excelowe listy, zapisany stan posiadania- myślałam sobie, że przecież mam tak mało rzeczy, że wydaje mi się, że wszystkie są konieczne
i potrzebne, a jednocześnie- miałam wrażenie, że jest ich za dużo. tylko- nie umiałam znaleźć do nich klucza- według którego powinnam zmierzyć i zważyć ich wartość.

ten i inne klucze- znalazłam własnie w tokimeki.

Czytaj więcej »
0 komentarze

bez słów


czasem o pewnych sprawach najlepiej mówi się bez słów,
są po prostu #selbstverständlich

kartka via ilustris.pl
Czytaj więcej »
1 komentarze

strefa komfortu


od jakiegoś czasu- robię tyle różnych rzeczy, które jakiś czas temu były dla mnie do pomyślenia:
że ale jak to tak można- no jak?

wiele spraw jest dla mnie nadal w mojej strefie komfortu, nie w każdej kwestii chcę odkrywać świat i szukać nowych przygód.
coraz rzadziej- odbywa się u mnie comfort shopping.
nie oznacza to jednocześnie- że wszystko idzie łatwo, jest proste jak bułka z masłem przed śniadaniem ;-)
a jednak lubię chropowatość niektórych zdarzeń.

nadal chyba nie jestem gotowa na jakieś super mega minimalistyczne deklaracje- typu rok bez nowej torebki ;-)
minimalizm i prostota- są przede wszystkim moją potrzebą serca, a nie deklaracji czy oficjalnych oświadczeń,
aczkolwiek wiem, że czasami receptą na realizację pewnych postanowień jest właśnie oficjalne ich zadeklarowanie.

czasami dopada mnie myśl, że jestem bardzo odległa od tego idealnego punktu #100things, wtedy wydaje mi się, że zasiedziałam się w tej swojej sferze komfortu.
ale zazwyczaj po pewnej chwili, po namyśle- dochodzę do wniosku, że to jest moje optimum, może niezbyt idealne, może wymagające czasem trochę poprawy, ale i tak- bardzo odległe od tej comfort zone w jakiej byłam jakiś czas temu.
trochę tak- jakbym z każdym dniem wyruszała na nową przygodę ;-)

wiele rzeczy nabytych przeze mnie w ciągu ostatniego roku w ramach comfort shopping- tak naprawdę znalazło nowy dom.
czy żałuję tych czasem niepotrzebnych wydatków?
paradoksalnie nie. staram się nie myśleć, że uzbierawszy wszystkie te drobne kwoty, uzbierałaby się jakaś suma.
ale w danym momencie- te drobiazgi spełniły swoje zadanie. chociaż może były takim lekarstwem jakim byłby plasterek na złamanie nogi ;-) myślę w szerszej perspektywie, że przekazane dalej- komuś innemu także sprawiły radość i przyjemność.
wyjściem z pewnej strefy komfrotu- była dla mnie choćby defraudacja skarbonki ;-)
gdzieś tam to się tak utarło, że to jest coś prywatnie mojego, z gruntu przeznaczonego na przyjemności własne.
a czasem największą przyjemnością- jest sprawianie radości innym.

co będzie dalej-czas pokaże ;-)
Czytaj więcej »
1 komentarze

słodko jest... się dzielić


po tak długich miesiącach, po tak strasznej rozłące ;-)

okazuje się, że ktoś tu wrócił do formy.
a do dzielenia się nieustająco zachęcają regionalne centra krwiodawstwa.

#pacjentbędzieżył

Czytaj więcej »
1 komentarze

don't run, don't go


powoli zaczynają się pojawiać podsumowania całoroczne.

i jeszcze jakieś kilka tygodni temu, przestępowałam z nogi na nogę z niecierpliwością,
myśląc tylko, szybciej, na świętopełka szybciej z tym 2017.

chciałam, żeby ten rok jak najszybciej się skończył, bo wiadomo w nowym roku- same cudowności.
choćby filmowe 1 i 2 ( ta książka, mimo tego, że nie jest arcydziełem, ma w sobie to słynne coś, takie coś, że przeczytałam ją kilka razy).

i tak, bez większego zastanawiania się- sądziłam, że po porstu mam najzwyczajniej dość atrakcji i zdarzeń, które przyniósł ten rok.

aż do czasu- jak jakieś 2 tygodnie temu M. w rozmowie mnie zapytała- co tak naprawdę myślę/czuję.

bo z jednej strony- przyznaję, że czuję się bezsilna, że dzieje się tyle rzeczy, na które nie mam wpływu, które się wydarzają niekiedy przy moim zdecydowanym sprzeciwie, które są ostatnią rzeczą na świecie- jaką chcę, żeby mi się przytrafiły.
i jeszcze dwa tygodnie temu, powiedziałabym, że te historie kładą się cieniem na moim życiu, że gaszą światło
i wprowadzają mrok i ciemność. ale właśnie ta rozmowa, uświadomiła mi, że jest zupełnie inaczej.
fakt, to nie są od razu radosne czy łatwe zdarzenia- ale popatrzyłam na nie pod nieco innym kątem.

i uświadomiłam sobie- jak cenną były dla mnie lekcją.
że to właśnie dzięki nim odkryłam, że potrafię być silna w trudnych momentach, nie tylko pozorować tę siłę, ale faktycznie znaleźć tę siłę w sobie.

i dlatego sobie myślę- 2016, nie odchodź tak szybko, nie odbiegaj, daj mi trochę więcej czasu na oswojenie się z tą nową sprawnością harcerską.
Czytaj więcej »
0 komentarze

czekam, czekania mi trzeba


kiedyś, czekanie kojarzyło mi się z takim biednym, smutnym misiem siedzącym w kąciku.
bo wydawało mi się, że czekanie- to zostawanie w tyle, nie nadążanie za resztą.

dzisiaj nadal miewam problemy z cierpliwością.
czasami chcę, aby pewne rzeczy działy się teraz już natychmiast.

a jednak- w wielu kwestiach- powoli rozsmakowuję się w czekaniu.
na przykład mam w planach kilka podróży - teoretycznie w każdej chwili mogłabym spakować w walizkę i gdzieś wyjechać,
ale akurat te podróże wymagają specyficznego przygotowania.
i o dziwo- zupełnie mi to nie przeszkadza.
za to- bardzo podoba mi się ten smak oczekiwania tego, co będzie.

ostatnio też- prywatnie podjęłam się małego wyzwania, którego wynik będzie można ocenić za jakiś czas,
który z założenia jest nastawiony na czekanie.
ale nie czuję, że jestem tym biednym misiem,
a nawet jestem zdania- że tego czekania mi trzeba.
smakowania i delektowania się każdym krokiem na tej drodze.
Czytaj więcej »

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.

Szukaj na tym blogu

Ładuję...