Content

wtorek, 9 lutego 2010

poniekąd technicznie

wbrew wszelkim pogłoskom i doniesieniom nie jestem wojującą feministką.
wręcz przeciwnie: mój okrzyk bojowy to: baby do garów.

jednak nie do końca mam przekonanie do podziału zadań na męskie i damskie.
co prawda nie będę się upierać przy zastępowaniu hutnika tudzież górnika...
a jednak mam zdanie, że nie wszędzie taka granica jest jasna i prosta.
choćby w kwestii garów: nie od dziś wiadomo, że faceci lepiej czują smaki i lepiej doprawiają potrawy.

z drugiej zaś strony odkąd pamiętam byłam przeciwna jakimkolwiek ograniczeniom.
i zawsze byłam zdania, że zawsze należy próbować ( choć oczywiście w granicach rozsądku).
poza tym jestem wierną wyznawczynią poglądu: że naprawdę można wiele rzeczy spróbować i wiele rzeczy zrobić samemu.
samodzielność jest bardzo fajną sprawą, bo uczy nas w sposób wybitny odpowiedzialności za samego siebie, a także poznawania własnych granic i możliwości.

poza tym ja zawsze jakoś tak miałam w poprzek te zainteresowania, choćby przez to wydumane technikum ;-)

wracając do tematu:
skąd taka duża ilość książek, i dlaczego przedkładam ebooki nad książki papierowe.

nie ukrywam: chyba w dużej mierze wszystko przez lenistwo.

wiele lat temu stałam się dumną i bladą posiadaczką takiego oto telefonu (siemens sl45i):


i przez dłuższy czas byłam przekonana, że największą zaletą tego telefonu jest odtwarzacz empetrzy i slot na karty pamięci, gdy ktoś w rozmowie powiedział mi, że na tym czymś można czytać książki.

przyznaję: w pierwszej chwili wzięłam to za jakieś sajnsfikszyn,
dopiero po weryfikacji w góglach znalazłam co następuje:
javovego microreadera:


który to microreader okazał się skarbem- bo w wersji papierowej kwestia wyboru książki na dany dzień była kwestią zasadniczą,
tutaj, właściwie ograniczała pojemność karty- średnio miewałam ok. 100 książek na karcie.

sama funkcjonalność programu też była zaskakująco pozytywna:
możliwość dokładania zakładek, przeszukiwania tekstu, formatowania tekstu.

ale, ale, kiedyś tam nadszedł (niestety) koniec tej siemensowej epoki,
ale o tym będzie innym razem.

* * *

ostatnio julia gdzieś napisała, że uważa większość kwestii technicznych za ble, i zupełnie wręcz nie przystojących kobiecie.
pozwoliłam sobie się z nią nie zgodzić.
bez wątpienia ma trochę racji- bo zwyczajnie nie zawsze się po prostu chce, czasami dobrze jest po prostu pomyśleć sobie, że ktoś coś zrobi za nas.
generalnie zaś uważam: że na co dzień samodzielność mi nie przeszkadza,
że lubię tę myśl, że nie przestraszy mnia zatkana umywalka ( to moja najnowsza sprawność harcerska ;-)
i że to nie ujmuje mimo wszystko dziewczyńskości.

21 komentarze :

Cichy says:
at: 10 lutego 2010 10:43 pisze...

Oj tak, odkrycie książek na komórkę to zawsze jest szok. A potem dzika frajda:)

Powiedz mi tylko coś więcej o tym readerze - to jakaś osobna aplikacja, do której ładuje się książki? Bo ja na SE K310 po prostu wgrywam pliki javowe z konkretnymi książkami (każda ksiażka to aplikacja).

Verónica says:
at: 10 lutego 2010 11:11 pisze...

microreader to po prostu aplikacja.
książki ładuje się do katalogu: storage.
w dowolnej ilości w formacie txt.
microreader, że tak powiem rozpoznaje polskie czcionki i z tym nie ma problemu.
jest wygodny- bo masz po prostu jeden program + jeden katalog.

teraz pod samsungiem e250 też mam tak, że każda książka to osobny plik javovy, dlatego wolę hp ipaqa z allredearem- ten ma normalne drzewo katalogowe, ale działa podobnie jak micro.

Cichy says:
at: 10 lutego 2010 11:35 pisze...

Sprawdziłem ten program - on jest tylko na Siemensa. Czyli ja na moim SE pozostanę przy pojedynczych książkach (bo chyba nie mam takiego programu do czytania txt).
A marzy mi się telefon, który mógłby czytać PDF...

Zenza says:
at: 10 lutego 2010 17:41 pisze...

Dzień Dobry :)

Książki do czytania w komórce są (może) fajne, ale do słuchania jeszcze lepsze. Na stronach warezowych jest mnóstwo audiobooków. Ładuje się toto jako plik mp3 do telefonu i wieczorem do snu, lub gdziekolwiek- cudo!

Verónica says:
at: 10 lutego 2010 22:08 pisze...

przerabiałam i audiobooki.
z audiobookami jest problem taki, że najważniejszy jest lektor.
osobiście uważam, że najlepsiejszym lektorem jest leszek teleszyński.

najważniejszym minusem audiobooków jest to- że to są książki cokolwiek okrojone w treści...
(podobnie jak te serie z reader's digest)

i jeśli chodzi o wersje audio- to w ostateczności wybieram ivospeakera z głosem marka.

Cichy says:
at: 10 lutego 2010 23:06 pisze...

Audiobooki są fajne, ale to insza inszość. Audiobook jest dobry, jak się gdzieś idzie piechotą. A autobusie można już się skusić na mbooka. Dodatkowo audiobooków jest mniej, jesteśmy uzależnieni od tego, co ktoś zrobi i wrzuci w sieć *mbooka można zrobić samemu), a do tego czasem zły lektor może wszystko schrzanić. Ale skoro o lektorach - polecam "Gringo wśród dzikich plemion" Cejrowskiego (nie pamiętam lektora, ale był genialny) i "Ojca chrzestnego" by Englert.

Zenza says:
at: 10 lutego 2010 23:28 pisze...

To ja polecę Murakamiego - Kafka nad morzem.
W sposób genialny czyta Maksymilian Rogacki. Rzecz nie jest wcale okrojona. Czas - 18 godzin.

Uuu, tu się nie da wkleić linków. Zatem, można je znależć na exsite.pl

Adam Rimabud says:
at: 11 lutego 2010 00:20 pisze...

To ja jakis niedzisejszy jestem. Mimo zamilowania i posiadania wszelkiej masci elektornicznych gadzetow. Do czytania ksiazek w telefone, palmie czy komputerze nie moge sie przekonac. Papier to papier, dobra typografia (fakt ostatnio rzadkosc), zapach farby drukarskiej :) Mozliwosc zrobienia notatki gdzies na marginesie olowkiem.
Elektronika zastapila mi notes, kalendarz. Nawet moleskine poszedl w odstawke. Ale ksiazki nie.

Cichy says:
at: 11 lutego 2010 08:34 pisze...

@Adam: mam koleżankę, która kręci nosem na audiobooki, ebooki czy mbooki - bo jak to tak, gdzie ten intymny kontakt z papierem, zapach itp. Dla mnie książki to tylko nośnik informacji, historii. Może jestem prozaiczny, trudno:) Dlatego przekonanie się do elektroniki jest efektem tego, czy jesteś fetyszystą papieru:) Ale jeśli ktoś mi mówi, że nie jest, ale ebooki to nie dla niego - to coś kręci:)
Z notatkami masz rację - brakuje tego. Choć ja i tak zostałem jakoś tak wychowany, że po książce nie popiszę - nawet ołówkiem. Książka to książka. Sacrum:)

Verónica says:
at: 11 lutego 2010 09:00 pisze...

@zenza cejrowskiego omijam szerokim łukiem.
nie trawię tego pana pod każdą postacią.

@adam elektronika nie jest mi w stanie zastąpić moleskine'a. mimo, że nawet mam zakładkę moleskinową w palmie.
ale nie wyobrażam sobie w tym momencie czytania książek papierowych w takich ilościach.
przecież książki są ciężkie a poza tym nie mogę nosić ze sobą więcej niż np. 2 książek na dzień.
w palmie mam ich 2+168 innych- na każdy nastrój, na każdy dzień tygodnia inną...

zgadzam się z cichym: nie mażę niczym po książkach. nawet ołówkiem.
ze względu sacrum i ze względu na skanowanie i rozpoznawanie tekstu.
co prawda w zeszłym roku zdarzyło mi się, że zakupiłam specjalnie jeden egzemplarz pewnej książki- ale do wykonania podkreśleń.
czyli jest egzemplarz czysty i drugi podkreślony.

w readerach też możesz robić sobie zakładki, dodawać komentarze ;-)

Zenza says:
at: 11 lutego 2010 09:10 pisze...

@veronica

to zajebiście, bo ja Cejrowskiego też nie czytuje, coś ci się pokręciło

Verónica says:
at: 11 lutego 2010 09:28 pisze...

a! już wiem skąd mi się wziął cejrowski ;-)

@cichy: cejrowskiego omijam szerokim łukiem.

adamrimbaud says:
at: 11 lutego 2010 10:50 pisze...

Zgadzam sie ksiazka to sacrum. Ale sa takie do ktorych wracam. Zaznaczam, podkreslam, zapisuje mysli.
@Cichy uzywam roznych gadzetow na codzien i raczej nie mam z tym problemu ;) Audiobooki czasem cos poslucham. Po prostu nie potrafie, nie moge sie rpzekonac do czytania na ekranie. Moze jakis czytnik z epapierem, bo raczej nie iPad czy laptop, nie wygodne, oczy sie mecza. Jak sprdzasz po kilkanascie godzin dziennie przed monitorem to papierowa ksiazka jest wytchnieniem.

Verónica says:
at: 11 lutego 2010 10:59 pisze...

@adam
za audiobookami mimo wszystko nie przepadam.
nie czytam na laptoku. za to palmtop czy telefon: zdecydowanie, a i owszem ;-)

Cichy says:
at: 11 lutego 2010 15:02 pisze...

Za Cejrowskim nie przepadam ze względu na niektóre poglądy. Ale programy podróżnicze i książki - szacun. Jak oddzielić człowieka od pracy, to zabawa przednia.

@Adam: też spędzam cały czas przed kompem, ale książka na komórce może być. Na kompie już byłby problem...

Verónica says:
at: 11 lutego 2010 15:16 pisze...

no ja się do cejrowskiego nie mogę przekonać -właśnie przez jego poglądy.
i wtedy nawet jego podóżniczych mi się nie chce...

Adam Rimabud says:
at: 11 lutego 2010 20:42 pisze...

@veronica palmtop, telefon, male ekrany, oczy sie mecza, szkoda mi wzroku
Jednak zostane przy papierze :)

@Cichy nie szkoda CI oczu?

Poza tym obcowanie z ksiazka, to oprocz tresci forma. Szkoda ze malo kto zwraca dzis uwage na typografie, styl lamania tekstu. Coraz rzadziej zdarzaja sie dobrze zaprojektowane, dobrze poskaldane ksiazki :(
Z drugiej stronyjako maniak elektonicznych zabawek jestem bardzo ciekaw epapieru w czytnikach. Nie mailem jeszcze w reku teo wynalazku.

Verónica says:
at: 11 lutego 2010 20:58 pisze...

i dlatego w domu zdarza mi się czytać książkę w wersji papierowej.

w ruchu, na co dzień- tylko ebooki.

Cichy says:
at: 11 lutego 2010 23:35 pisze...

@Adam: to kolejny mit. Wzrok i tak mam zepsuty:) ale nie zaobserwowałem pogorszenia w wyniku czytania mbooków. To coś jak SMS, tylko dłuższe:)
Niestety, forma mnie nie porywa, więc wybieram książki elektroniczne.

Verónica says:
at: 12 lutego 2010 09:06 pisze...

@adam forma bywa jakimś argumentem.

ale nie aż takim, żeby przeważyć nad treścią.
zresztą forma to może i wystuępuje pod postacią wydań twardookładkowych.
a paperbacki to już masówka...

Adam Rimabud says:
at: 12 lutego 2010 09:38 pisze...

Nie mowie ze forma ma przewazyc nad trescia. Po prostu dla mnie jest wazna. Nie mowie o tu konieczie o twardych oprawach i zloceniach :P
Lubie ksiazki w miekkich okladkach, potrafia byc dobrze wydane.

Publikowanie komentarza

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.