Content

piątek, 14 maja 2010

spokojnie, spokojnie

ostatnio zapytano się mnie po cóż mi takie choćby nawet ładne excelowskie rozliczenia (w których to rozliczeniach zapisuję nawet płatność kartą za film, gazetę, czy cokolwiek innego.)
co prawda- pytanie to- było oderwane od pytań o minimalizm.
jednak uważam, że nierozerwalnie się z nim łączy.

dość długo uczyłam się prowadzić takie prywatne rozliczenie, saldo, zapisywać wpływy i wypływy.
kiedyś, zanim jeszcze zaczęłam robić takie in-out wydawało mi się, że takie działanie jest bardzo ograniczające, że ogranicza impulsy, szaleństwa, przyjemności.

i tak powoli i spokojnie, metodą prób i błędów doszłam do jakiegoś poziomu minimalizmu.

dzisiaj widzę, że takie rozliczenie wcale mnie nie ogranicza- a wręcz na odwrót-
dzięki temu wiem, co naprawdę mogę, co jest w gestii moich możliwości, a co mogę chcieć, o co mogę się postarać.
choć takie ramy podsumowań stawiają nam pewne granice- nie są to jednak granice nie do przeskoczenia.
myślę, że choć to paradoksalne: granice uczą nas mądrego korzystania z wolności.
nie ma wolności bez odpowiedzialności.

ja dzięki takim rozliczeniom wiem- co mogę, co chcę, co potrzebuję, a co mi się tylko wydaje.

przykład: ostatnia wizyta w empiku. gdy na półce super okazji zobaczyłam małą moskwę.
ale żeby nabyć ten film w super cenie trzeba było dokonać zakupów na konkretną kwotę.
i choć połączenie owej kwoty i ceny filmu - i tak było niższe niż cena regularna
- ja stwierdziłam, że dziękuję, ale postoję.
nie ukrywam, że pewnie jeszcze jakieś pół roku, rok temu, zrobiłabym takie zakupy bez wahania- bo w ostatecznym podsumowaniu i tak byłabym do przodu.
a teraz- bez żalu wyszłam z empiku zostawiając film na półce.
(co oczywiście okazało się bardzo mądrą decyzją, bo kilka dni później spotkawszy MD. wykorzystałam jego zakupy- w sensie MD. zrobił zakupy na kwotę, a ja sobie tylko w ramach przyjemności machnęłam tę małą moskwę.)

nigdy nie ukrywałam też- że kawę lubię praktycznie pod każdą postacią.
albo, że jednymi z moich ulubionych miejsc przybytku są różne coffee-house'y.
a jednak: z zaskoczeniem odkryłam, że mimo tego, iż bardzo lubię takie miejsca- bardzo rzadko tak bywam.
i to nie dlatego, że minimalizm mnie w tym ogranicza.
myślę sobie nawet, że obecnie żyje mi się przyjemniej niż wcześniej, że nauczyłam się doceniać różne drobiazgi.
i że nawet taka kawa może być wyjątkową przyjemnością- małym prywatnym świętem.

i tu się pochwalę: wczoraj po raz pierwszy (finally, nareszcie i w końcu!) odwiedziłam wrocławskiego starbucksa.
co prawda oczywiście wyoglądałam nowe i cudnie piękne kubeczki.
ale wyszłam nie z kubeczkiem, ale z wielką cudnie piękną karmelową kawą mrożoną na wynos.
z bitą śmietaną, z polewą karmelową, z zieloną rurką ;-)

powoli, spokojnie sobie ostatnio kroczę przez życie.
powoli i spokojnie uczę się wystawiać rogi, jak ślimak- gdy mu się zaoferuje ser na pierogi.
powoli i spokojnie uczę się sprawiać sobie drobne przyjemności- ale tak, żeby nawet taka kawa była karmelowym świętem.

a wręcz poproszę o więcej takiego zen!

* * * mały update
dodam tylko, że N. już rok temu zaliczył starbucksa.
a ja dopiero w ostatni czwartek ;-)

7 komentarze :

mamalgosia says:
at: 14 maja 2010 10:18 pisze...

tak, ja takie zapiski (tyle, że w formie papierowej) prowadzę od 3 lat. dzięki nim rzuciłam palenie - nie opłacało się :D

Verónica says:
at: 14 maja 2010 10:23 pisze...

ja bez zapisków wiem, że palenie się nie opłaca ;-)
ja mam generalnie rozmach ;-)
od razu - jak to ma być coś stałego: przeliczam na to, jaka to będzie kwota w skali tygodnia, miesiąca.
i nie opłaca mi się ani palić, ani grać w totka ;-)

(totkową kasę wrzucam do słoika, i potem robię sobie rozpustne i rozrzutne dni, kiedy naprawdę sprawiam sobie coś mega odjazdowego i szalonego ;-)

Ola says:
at: 14 maja 2010 10:27 pisze...

podziwiam, ja nie panuję nad wydatkami - nie mam ich w prawdzie zbyt wiele, ale podejrzewam, że wydaję zbyt dużo zbyt pochopnie.
ale, muszę się pochwalić, ostatnio nie uległam w C&A, gdzie aby dostać na przyszłość rabat też trzeba było kupić coś na daną kwotę - mi do niej nie brakowało dużo, ale nie uległam :)
minimalizm rządzi!

Cichy says:
at: 14 maja 2010 10:50 pisze...

Z doświadczenia powiem Ci, że Excel jest najlepszy do śledzenia własnych wydatków w prosty, intuicyjny sposób. Też tak robiliśmy - a po jakimś roku po prostu przestaliśmy, bo mniej więcej wiemy ile i na co wydajemy, ile odkładamy - i na co nas stać. Teraz planujemy tylko co miesiąc sprawdzać stan gotówki na rachunkach:)

Verónica says:
at: 14 maja 2010 11:00 pisze...

ja mniej więcej drugi rok prowadzę arkusz.
i nie zamierzam go szybko przestać.
mniej więcej wiem co i jak.
ale jak wiadomo- czasem mniej, czasem więcej...
więc wolę trzymać rękę na pulsie, żeby potem się nie obudzić z ręką w innym miejscu ;-)

Beata says:
at: 15 maja 2010 16:00 pisze...

bardzo relaksujący, porządkujący i napawający bezpieczeństwem tekst:)

a na dodatek jeszcze ślimak, moja ulubiona płeć:)

Ajka says:
at: 16 maja 2010 17:11 pisze...

Bardzo mi się podoba Twoje wydanie minimalizmu, takie spokojne i wyważone. Świetnie pokazujesz, że każdy musi wypracować sobie własne podejście. I widać, że czerpiesz z tego mnóstwo korzyści i radości.

Publikowanie komentarza

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.