Content

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

na zakupach (part 1)

nawet minimalista czasem chodzi na zakupy ;-)

od razu uprzedzam, że wszystkie podobieństwa do osób oraz wydarzeń istniejących w rzeczywistości jest niezamierzone i zupełnie przypadkowe.
to znaczy: ja uprawiam gospodarstwo domowe w pojedynkę.
i wszelkie rzeczy poradnikowo-minimalistyczne należy traktować z wielkim przymrużeniem oka, oczu, a czasami zwyczajnie jako przepis na coś tam, w którym należy przemnożyć składniki przez ilość osób zainteresowanych, tak jak się przekłada przepisy gastrofazowe.


nie wszystkie listy zakupowe można rozważać przez rok zanim dokona się zakupu.
aczkolwiek lubię izabelę hiszpańską, i czasami robię sobie dzień dziecka, to jednak nawet chodzenie z brudnymi nogami ma swoje granice.

moje uczenie się robienia zakupów w wersji minimalistycznej zaczęło się od zostawienia wszystkich kart klubowych w domu.

nie tylko dlatego, że duże, czy nieporęczne- ale także z powodu ewentualnych pokus.
dzięki temu przed wybraniem się do sklepu mam czas poważnie przemyśleć kilka rzeczy, i odpowiednio ułożyć listę zakupów.

z uwagi na dbanie porywami o czystość nóg dzisiaj będzie o moich zakupach w drogeriach.

do tej pory odbywało się to na zasadzie wielu nieskoordynowanych z niczym ruchów: wpadnięcie do sklepu, wrzucenia paru ogólnych rzeczy do koszyka, przejazd przez kasę, i wypadnięcie.
najczęściej do koszyka trafiały rzeczy z listy skojarzeń, czyli chusteczki, jakiś proszek, mydła i takie tam.
teraz widzę, jak bardzo takie działanie było pozbawione wyobraźni, a nawet fantazji.
bo robiąc takie asekuracyjne zakupy wybierałam rzeczy sprawdzone i bezpieczne- i potem przez kilka tygodni królowały u mnie rzeczy nudne, jak choćby nieustający zapach oliwki.

obecnie zaś, robiąc zakupy w sposób bardziej opanowany i ułożony- wbrew pozorom pozwalam sobie na więcej impulsów i przyjemności.
na więcej nastrojów.
bo wiem, że idę na zakupy w momencie faktycznej potrzeby i konieczności.
i dzięki temu, coraz więcej rzeczy zaczyna odzwierciedlać mój aktualny nastrój, mój aktualny pomysł nawet na to, czym będzie mi pachnieć.
i oto w ostatnim czasie na ten przykład trafił do mnie mix zapachów z zieloną herbatą w tle.

* * *
o samej liście zakupowej i narzędziach do jej tworzenia jeszcze napiszę.

nadal popieram życie w wersji eko: i głosuję za wybieraniem opakowań większych i różnych wielopaków- zwłaszcza jeśli się uprawia gospodarstwo domowe w kilka osób.

i w odniesieniu do życia eko(logicznego), w wersji zupełnie praktycznej, dodam, że z wielu względów polecam może nie do końca ekonomiczny taki oto wybór: dziecięcego proszku do prania.
do takiego wyboru zostałam swego czasu przekonana mocą autorytetu, wykształcenia i doświadczenia mamy RŁ.
otóż ta mama (chemik z wykształcenia) przekonała całą grupę ludzi do takiego wyboru, z uwagi na dużą ilość najprzeróżniejszych składników chemicznych w zwykłych proszkach.
nie to, żeby taki dziecięcy ich nie miał wcale- ale ma zdecydowanie mniej niż normalne.
wystarczy to sprawdzić- poprzez zrobienie prania w zwykłym proszku- bez użycia płynów do płukania- wtedy się okaże, że zapach naszych rzeczy to tak naprawdę zapach chemii.
a przy używaniu proszków dziecięcych można sobie odpuścić na dłuższy czas stosowanie płynów.
więc w jakiś sposób wychodzi to trochę jakby i ekonomicznie...

2 komentarze :

Biurowa says:
at: 19 kwietnia 2010 11:27 pisze...

To są jakieś narzędzia do robienia listy zakupów? Chętnie je poznam :)))

Verónica says:
at: 19 kwietnia 2010 11:32 pisze...

są, i to kilka.
opis pojawi się w najbliższych dniach ;-)

Publikowanie komentarza

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.