Content

czwartek, 14 stycznia 2010

life is full...



Życie jest pełnie niespodzianek,
Czasem nawet sobie sami takie niespodzianki sprawiamy.

Moją najnowszą książkową serią, którą miałam uskuteczniać w wydaniu ebookowym-palmtopowym jest pratchett i jego świat dysku.
Ale jakoś tak w ramach odpoczynku od "koloru magii" ostatnio czytam w tramwaju "188 dni i nocy": wiśniewski vs.domagalik.

I książka jest wbrew pozorom zaskakująca- może nie odkrywcza, ale zaskakująco przyjemna i naprawdę miło się ją czyta.

A pamiętam jak jakiś czas temu trafiłam na jakiś artykuł, który każdą literaturę, każdy właściwie aspekt sztuki spoza jakiegoś kanonu.
Autorka głosiła pogląd, że ci, którzy mają na półce i browna i wiśniewskiego powinni być wyrzuceni poza jakiś taki umowny społeczny nawias.

A ja zwyczajnie nie lubię granic.
Choć kocham poezję, choć to słowacki ( a nie mickiewicz) dla mnie wielkim poetą był, to jednak obok Pieśni Norwida na mojej półce znaleźć można i browna, i choćby nieszczęsną "samotność w sieci".
Rozumiem założenie, że należy w życiu, w tym, co się robi sięgać gwiazd, trzymać pion moralny, szukać piękna, ale każdy z nas takich zadziwień powinien szukać na własną rękę.

I choć nie twierdzę że samotność w sieci to literatura wybitnych lotów, to jednak konwencja 188 dni i nocy mi się podoba- jest to zapis listów, które wymieniali między sobą domagalik i wiśniewska, w których to listach zadawali sobie różne pytania, dzielili się obserwacjami,przeżyciami, opiniami.
Gdzie dyskutowali na różne tematy- te nieodłączne każdemu z nas- o życiu, miłości, wartościach, bogu czy muzyce.

Wiem, wiem, że połączenie ja i pratchett z założenia brzmi cokolwiek kosmicznie.
Bo przecież odkąd pamiętam- zarzekałam się, że nigdy nie będę czytać fantastyki, bo "narrentum" odpuściłam sobie po kilkunastu stronach, bo z tolkiena to lubię "listy do św.mikołaja" i "hobbita", a trylogii nie zamierzam nawet dotknąć ;-)
A jednak gdzieś siedzi we mnie pamięć jednej z bardziej przejmujących książek, które przeczytałam- a były to „kwiaty dla algernona” keysa, które przecież zostały wydane przez nową fantastykę.
Kto wie, może i pratchett mnie jeszcze zaskoczy ;-)

* * *
I to samo tyczy się filmów.
Czy muzyki, ale o tym jeszcze pewnie nie raz napiszę ;-)

I myślę sobie: … że najważniejsze w życiu są takie małe niespodzianki, które sami sobie sprawiamy.

3 komentarze :

Cichy says:
at: 15 stycznia 2010 09:29 pisze...

Pamiętam ten artykuł... Wiśniewskiego nie czytałem, Cohelo (bo też był tam wyśmiany) nie lubię (choć czytałem tylko "Alchemika"), ale to, co zrobiła tamta "dziennikarka" woła o pomstę do nieba.

Browna przeczytałem. Fajna, lekka lektura. A Pratchett to nie fantastyka. Oj nie...:)

Verónica says:
at: 15 stycznia 2010 09:59 pisze...

otóż w moim wyobrażeniu świata pratchett jest fantastyką :-)

Beata says:
at: 15 stycznia 2010 22:06 pisze...

zgadzam się, wyznaczanie granic na literature to rozbój w biały dzień jest!
Hobbit ok - Pierścionki już nie, ale film tak:)

Publikowanie komentarza

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.