Content

piątek, 29 stycznia 2010

między ciszą a ciszą



jakoś mi turnauem zapachniało ;-)

chyba wszyscy wiedzą o moim zamiłowaniu do muzyki wielkim.
i tak gdy próbuję prześledzić początki, wydaje mi się,
że muzyka tak na poważnie zaczęła istnieć dla mnie od gry na flecie.
(do dzisiaj ubolewam nad zgubionym na wrocławskim dworcu piccolo, który miał niezwykłą historię)

najpierw był piccolo, który dostałam od sebastiana l.- a który sebastian kupił, bo ładnie wyglądał, nieważne, że paluchy mu się nijak nie mieściły :-)
potem był altowy, bo kolega sebastiana chodził kiedyś z dziewczyną ze szkoły muzycznej, i ona od kogoś miała, a potem zostawiła u nich tego altowego.
przy tenorowym okazało się, że to moje paluchy są za małe ;-)i gra wymagała uczestnictwa drugiej osoby, która na tajemny znak sygnał naciskała klapkę...
potem było jeszcze wiele innych rzeczy, aż doszłam do mojej ulubionej zabawki, gdzieś w tle pojawiła się nawet (pomarańczowa!) okaryna ;-)

ale, ale, mimo tej całej muzyki- zawsze fascynowała mnie cisza.

do tego stopnia: że był czas, kiedy nie słuchałam muzyki praktycznie w ogóle.
do tego stopnia, że nauczyłam się migać.

właściwie pomysł na miganie pojawił się wiele lat temu- kiedy dostałam od dagmary podręcznik do migowego, którego ona za grosz nie rozumiała ;-)
i fakt, samego czytania opisów też trzeba się nauczyć.
na początku kursu nawet opisy stanowiły czarną magię, dopiero z czasem człowiek się nauczył przekładać słowo na obraz, na znak.

osobnym tematem jest kultura którą tworzą osoby niesłyszące,
jednak język migowy jest czymś niezwykłym.

do dzisiaj pozostało mi uczucie, że więcej można wyrazić migając, niż mówiąc.

pewnie dlatego, że każdy znak ma w sobie niesamowitą historię, ciekawy początek i źródło,
pewnie dlatego, że to język migowy jest tak naprawdę językiem ciała, że liczy się nie tylko znak, nie tylko jego pokazanie, ale także ekspresja z jaką się to czyni.

howk! przywitanie indian- i podniesienie ręki- miało wielorakie znaczenie.
przede wszystkim- pokazywało się swoją bezbronność, że nie ma w dłoni ukrytej strzały,
gest ten oznaczał: proszę, spojrzyj w moją duszę- nic nie ukrywam.

migając tak samo- nie ukryjemy duszy, nie ukryjemy emocji ani uczuć.
nie ukryjemy siebie- jest to język pełen niesamowicie czystych tonów i barw.
mimo, że jest to język ciszy.

* * *
niniejszym chwalę się :-) długo wyczekiwanym soykowym boxem ;-)
soykę uwielbiam od lat.

na początku soyka miała być pod choinkę, ale jednak z uwagi na cenę,
będzie dopiero teraz, zupełnie bez okazji ;-)

2 komentarze :

Cichy says:
at: 29 stycznia 2010 23:04 pisze...

Aha - to stąd ta fotka na FB z dedykacją dla mnie! Inspirujesz tym miganiem, inspirujesz...

Znam jedna dziewczynę, która kiedyś grała na klarnecie. Ona fajna jest. Ty też. to jakaś wspólna cecha klarnecistek?:)

Verónica says:
at: 29 stycznia 2010 23:42 pisze...

klarnet mam dlatego, że po prostu ta zabawka świetnie wygląda.
dźwięk też ma niczego sobie ;-)

ja chyba uważam siebie za (obecnie byłą) flecistkę ;-)

Publikowanie komentarza

Blog Archive

O mnie

Moje zdjęcie
po prostu: blondynka. wierzy, że zihuatanejo istnieje naprawdę. wierny wyznawca moleskine'a.